2 lata ago
1419 Views
2 0

Weekend nad polskim morzem

Written by

Zatęskniliśmy za polskim morzem dlatego w piątek po szkole Panny N. spakowaliśmy manatki, wsiedliśmy do naszego amerykańskiego krążownika i udaliśmy sie „estrójką” w kierunku wybrzeża. Nie był to tak do końca nasz foch. Od ponad 6 lat jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami ślicznej działki na jednej z niewielu polskich wysp i chcieliśmy zobaczyć co tam w trawie piszczy bo być może pora wreszcie postawić tam jakiś szałas.

Podróż udała się połowicznie. Fantastycznie, że można teraz przemknąć z naszego końca Polski na drugi w zasadzie w niecałe 4 godziny. A podobno drogi w Polsce do kitu i nic nie wybudowano od 10 lat. Eh te polskie marudy, nigdy im nie będzie dość. Tak więc z nieukrywaną radością przemknęliśmy przez zachodni kawałek naszego pięknego kraju podziwiając jakże egzotyczny dla naszych oczu krajobraz wypełniony kolorami świeżej trawy i pól rzepakowych. Cudnie.

Polska plaża

Polska plaża

W Kamieniu Pomorskim (miejscowości, której zdaje się nie wpuszczono do Unii Europejskiej) trochę się pogubiliśmy. Okazało się też, że znajomy, u którego mieliśmy się zatrzymać i podyskutować o sprawach ważnych miał wypadek i jest w szpitalu co skłoniło nas do tego żeby oglądanie naszych włości przełożyć na sobotę i czym prędzej znaleźć nocleg nad samym morzem.

Marzy mi się od paru lat już urlop w domku w sosnowym lasku 20 metrów od plaży ale wszyscy w ten weekend mówili o jakichś zimnych ogrodnikach dlatego wylądowalismy w małym apartamencie za to z działającym kaloryferem.

Nad morzem, jak to nad morzem. Fajnie, wzruszająco i mocno emocjonalnie. Dla mnie przynajmniej. Jest coś magicznego w polskim wybrzeżu. W żadnym innym kraju tego nie czuję choć przecież pięknych plaż na świecie mnóstwo. Być może to dlatego, że w dzieciństwie lato spędzałam zawsze nad morzem, teraz gdy jadę na północ jestem mocno podekscytowana, wzruszana a potem dostaję „głupawki”. Cieszę się z byle czego, zapominam o bzdurach które normalnie spędzają mi sen z powiek, czuję się szczęśliwa. Na serio.

Wieczorem popląsaliśmy (nad morzem nie chodzę, nad morzem pląsam) po plaży i w sobotę rano po śniadaniu ruszyliśmy na naszą wyspę. Nasz w zasadzie jest tylko jej kawałek ale lubimy mówić o wyspie nasza. Dużo wyrzeczeń kosztowała nas ta nie do końca przemyślana inwestycja i ze względu na szaleństwo z frankiem nadal kosztuje. Moglibyśmy już sobie teraz mieszkać na swoim ale zachciało nam się sięgać wysoko. Potem nadszedł kryzys i wielkie plany w mordę wzięły, nowe miasto przestało się budować zanim zaczęło a osiedle luksusowych domków letniskowych jakie mieliśmy w planach nie miałoby sensu na takim odludziu. Czekamy dalej i wierzymy że wreszcie coś się tam ruszy. Ta marina, hotele, baseny a potem nasze domki. Albo coś innego co przyjdzie nam do głowy do czasu gdy plany pozostałych inwestorów zaczną zamieniać się w rzeczywistość.

Trzeba przyznać, że działka żyje swoim życiem. Mamy na niej kilka pokaźnych brzózek, drzewek owocowych i pełno krzaczorów. Ptaki śpiewają jak najęte, od czasu do czasu jakiś tubylec przemknie betonową drogą, do wody rzut beretem – cudowne miejsce! W sam raz dla mnie.

W drodze powrotnej wpadliśmy na pomysł żeby wyskoczyć do kina na długo wyczekiwany przez nas sequel Pitch Perfect i już o 17.10 siedzieliśmy w Cinema City w Zielonej Górze objadając się popcornem oraz nachosami z serem i ostrymi papryczkami. Panna N. była zachwycona. Przypomniały mi się czasy regularnych wypadów do kina w Galway gdy poznaliśmy się z M. Teraz do kina chodzimy we trójkę i też jest fajnie. Chipsy z serem w Polsce smakują lepiej ale brakuje mi najlepszych na świecie lodów Ben&Jerry’s, które towarzyszyły mi tak w Eye Cinema jak i w Omniplex. Chlip chlip, moje Galway.

W niedzielę M. pojechał na wojnę strzelać do kolegów i koleżanek. My odpoczywałyśmy po weekendzie pełnym wrażeń.

Spoko czy nie?

2 0
Article Tags:
· · · · · · · · · · ·
Article Categories:
Podróżniczka
Menu Title